Wieczór pełen niespodzianek

Marzec upłynął pod znakiem mniejszej niż zwykle liczby notek, a to z uwagi na irlandzkie wojaże Tysi i Matiego. Jako że ktoś musi pracować, aby pić wina, Guinnessa, whiskey i co tam się jeszcze nawinie mógł ktoś inny, na pisanie notek nie starczyło czasu. Jestem pewny, że wyjazd znajdzie odzwierciedlenie w notce na blogu, ale na razie, w czasie gdy duet wraca na Ojczyzny łono, ja pozwolę sobie wrócić do pewnego mroźnego, niedzielnego, zimowego wieczoru, kiedy to Tysia i Mati postanowili odwiedzić Kaję i mnie na naszym końcu świata. Celem spotkania, niejedynym rzecz jasna, była degustacja win. Win, z których z całą pewnością każde zasługuje na uwagę.

Zaczęliśmy przewrotnie od tajemniczej Niespodzianki – wina pochodzącego z Winnicy Płochockich, które mieliśmy okazję już kiedyś degustować. Tysi i Matiemu udało się w jakiś sposób zdobyć jeszcze jedną butelkę tego wspaniałego wina, dzięki czemu mogliśmy spróbować go raz jeszcze, tym razem w czwórkę. Kaja, jako zadeklarowana fanka win słodkich, była wniebowzięta – słodycz, uzupełniona aromatami tropikalnymi, daje niesamowite wrażenie.

Kolejna butelka tamtego wieczoru również nie była przypadkowa.

Do kieliszków trafiła Marsala Vergine, V.L.Q.P.R.D, Carlo Pellegrino z rocznika 1980. Wino, które było w mojej kolekcji już od dłuższego czasu, czekając na odpowiednią chwilę, okazało się być winem trudnym, wymagającym skupienia, ale jednocześnie dającym mnóstwo wrażeń. Odnaleźliśmy w nim przede wszystkim nuty orzechów włoskich, połączone z wyraźnym zapachem Dentoseptu. W smaku bardzo dziwne, odmienne od Marsal, z którymi mieliśmy do czynienia. Z pewnością nie jest to wino, które może przypaść do gustu każdemu. Osoby bardziej doświadczone z pewnością docenią smak i bogactwo, które kryje się w tym winie kryją.

Kiedy mieliśmy już zakończyć degustację win i przejść do czegoś mocniejszego, przypomniała mi się jedna specjalna butelka, którą postanowiłem postawić na stole. Dokładnej nazwy już nie pamiętam – zresztą nie ma ona większego znaczenia; najważniejszy jest fakt, że było to słodkie wino wzmacniane z apelacji Rivesaltes, o zawartości alkoholu 16%. Wino to, o aromatach moreli i brzoskwini, nie wyróżniało się pod żadnym specjalnym względem, gdyby nie fakt, że ta konkretna butelka została otwarta…pod koniec 2011 roku! Jakimś cudem nie udało nam się z Kają jej wypić do końca, a potem butelka ta trafiła w najdalszy kąt lodówki i zupełnie o niej zapomnieliśmy. Przypomniałem sobie o niej dopiero w dniu pamiętnego spotkania. Z lekkim niepokojem nalałem wino do kieliszków, ale już pierwszy nos rozwiał moje obawy – wino nie zepsuło się ani trochę. Oczywiście wynika to z większej ilości alkoholu, ale jednocześnie pokazuje, że o otwarte wina wzmacniane obawiać się nie należy. Jestem bardzo ciekaw, jaki byłby wynik tak długiego przechowywania innych mocnych, ale nie wzmacnianych win, takich jak ostatnie degustowane wina chorwackie lub co poniektóre Primitivo.

Jak widać, wieczór obfitował w niespodzianki. Mam nadzieję, że w przyszłości będziemy mogli opisywać więcej takich jedynych w swoich rodzaju, winnych przygód.