Tokajskich przygód część pierwsza

Choć w przeciwieństwie do Justyny i Mateusza nie jestem wielkim entuzjastą czterech kółek (samochód służy do przebycia dystansu z punktu A do punktu B….) i nie rozumiem wydawania na nie zawrotnych pieniędzy (za które można by przecież kupić tyle wina!), nie mogłem nie zgodzić się z moją szanowną Małżonką, gdy ta przy zakupie kolejnego auta postawiła sprawę jasno – klima musi być i już! Nie mogłem się z nią nie zgodzić z jednej prostej przyczyny – brak klimatyzowanego auta (naszym pierwszym automobilem był Fiat Seicento zwany Mydelniczką) boleśnie dał nam się we znaki podczas wyjazdu do Drezna, gdzie ambitne plany przywiezienia win z regionu pokrzyżowała fala upałów – żadna flaszka nie przeżyłaby kilku godzin w gorącym samochodzie.

W tym sezonie jesteśmy już jednak znacznie lepiej przygotowani – zaopatrzeni w klimatyzowaną Fabię ruszyliśmy do Mád, aby pierwszy raz zaznać nieco enoturystyki. Zamiast popularnego hotelu Mádi Kúria tudzież nieco droższego, eleganckiego hotelu Botrytis, postanowiliśmy skorzystać z pokojów gościnnych u państwa Heleny i Istvana Lesko. Choć był to strzał w ciemno, okazało się, że mieliśmy sporo szczęścia – poza bardzo dobrą lokalizacją (tuż obok hotelu Botrytis), gospodarze okazali się przemili, a samo miejsce do złudzenia przypominało bajkowy, tajemniczy ogród.

Pierwszego dnia pobytu, zmęczeni po podróży, postanowiliśmy rozpocząć spokojnie  cykl degustacji właśnie od naszych gospodarzy. Na stół trafiły rozmaite butelki, od klasycznego muskata (Sárgamuskotály), przez furminta, aż po rzadziej spotykany zenit.

Z początku mieliśmy spory problem, aby zrozumieć naszych gospodarzy – po kilku spróbowanych winach dziwnym trafem komunikacja zaczęła przebiegać sprawniej

Podążając typowym dla degustacji w Tokaju rytmem – wina wytrawne, następnie szamorodni i wreszcie aszú – byliśmy nieco zaskoczeni, gdy gospodarz, przemiły pan Istvan, wstał od stołu, aby przynieść kolejną butelkę, której wygląd był…bez wątpienia oryginalny:

Wino z zakąską

Butelkę o nieznanej zawartości (co stwierdził sam autor, wspomniany p. Istvan), porastał w zjawiskowy sposób grzyb Cladosporium cellare, charakterystyczny dla winnych piwnic. Niezwykle miękki w dotyku, grzyb nie miał na szczęście żadnego wpływu na zawartość, której skądinąd nie udało się nam zidentyfikować.

Dalsza część wieczoru upłynęła nam na wsłuchiwaniu się jedyną podczas naszego pobytu burzę, a także oglądanie Gry o Tron (również w burzowych klimatach). Wspominając o naszej kwaterze nie można jednak nie wspomnieć szerzej o ogrodzie i niezwykłym charakterze całej posiadłości państwa Lesko. Otóż zdecydowana większość Mád wygląda podobnie, jak typowe, zadbane małe polskie miasteczka – każda posesja to dom z niewielkim ogródkiem/trawnikiem, jednak bez rozbudowanej roślinności. Tak jednak nie było w Leskopince (piwnicy Lesko), która przyprawiła o dreszcz emocji Kaję – wykształconą farmaceutkę – gdy wreszcie mogła zobaczyć w rzeczywistości rośliny znane wcześniej jedynie z zajęć na uczelni.

Kwiaty i liście roślin zebrane w ogrodzie państwa Lesko w towarzystwie zacnego furminta

Rośliny, rośliny…

Kolejny dzień przywitał nas przepysznym leczo pani Heleny na śniadanie, po czym ruszyliśmy w tango, wprost do winnicy Zsirai…

c.d.n.

 

Do Tokaju podróżowaliśmy na koszt własny, degustowaliśmy na koszt właścicieli, a butelki kupowaliśmy za swoje :).