Różane demony

Dzisiejszym (a właściwie wczorajszy) tematem winnych wtorków Sebastian z bloga Zdegustowany chciał nie tylko nakłonić siebie samego, by zmierzyć się z różanymi demonami, ale i popchnąć do tej potyczki innych. A o co właściwie chodzi? O Gewurztraminera rzecz jasna. Szczep kojarzący się przede wszystkim z Alzacją i budzący w naszym kraju dużo ciepłych uśmiechów. Z tych samych powodów zresztą, dla których dla innych urósł do rangi tytułowych demonów. Jego perfumowane aromaty różanej konfitury, miodów, liczi i kwiatów połączone z często niewielką kwasowością i oleistą fakturą skutecznie kopią głęboki na sto metrów rów, po obu stronach którego okopują się jego miłośnicy i Ci, którzy na Gewurztraminery nie mogą patrzeć.

To oczywiście jedynie stereotyp, ale jakże krzywdzący dla tego szczepu. Po pierwsze Gewurztraminery to nie tylko Alzacja, ale dziesiątki regionów winiarskich jak świat dlugi i szeroki, od Antypodów aż po Stany Zjednoczone. Zachęcam do zapoznania się z wpisami naszych koleżanek i kolegów, w tej edycji winnych wtorków przytrafił się niesamowity rozrzut geograficzny opisywanych butelek! Po drugie, nawet sama Alzacja to nie tylko przymilne, gładkie, perfumowane i nieco ociężałe wina – wystarczy choćby przywołać pikantnego, mineralnego Haeffelina. Po trzecie, niezależnie od regionu winiarze eksperymentują i znajdziemy wina o pełnym przekroju stylistycznym, od do bólu wytrawnych, po ekstremalnie słodkie, fermentowane na każdy możliwy sposób, z beczką i bez, lekkie i ciężkie, do wyboru, do koloru. Po czwarte, to świetne wina do jedzenia – wystarczy obok kieliszka z winem postawić dania kuchni tajskiej, chińskiej, indyjskiej czy… marokańskiej, by otworzyć zupełnie nową paletę doznań.

Po piąte… mimo tego wszystkiego, co napisałem akapit wcześniej, dla mnie Gewurztraminer też jawi się nieco demonicznie. Rzadko sięgam po ten szczep, a bez jedzenia – praktycznie wcale. Nie ma chyba nic gorszego dla zaangażowanego winomana niż wina wobec których jest się uprzedzonym. To z reguły znaczy, że niewiele się ich próbuje, a tym samym – wcale się nich nie zna, a uprzedzenia niekontrolowanie rozrastają się do absurdalnych rozmiarów. Temat Sebastiana okazał się świetnym powodem, by poszerzyć własne horyzonty.

Jestem tak kiepskim graczem w rzutki, że gdybym miał trafić w kraj na mapie, z którego wypijemy Gewurztraminera to trafiłbym w ocean, albo rzutka w ogóle wypadłaby mi z rąk wprost na podłogę. Oszczędziliśmy więc sobie tej zabawy i od razu wybraliśmy wariant z rzutką na podłodze sięgając po wino… z Polski.

Z winami Katarzyny i Władysława Hiki z Winnicy Hiki w miejscowości Bycz koło Bytomia Odrzańskiego spotkaliśmy się na łódzkim Festiwalu Win Polskich, poznając również przesympatycznych i pełnych pasji do swojej pracy i wina właścicieli winnicy. Na terenach nieopodal jeszcze w XIX wieku areał winnic przekraczał 70 hektarów, by w XX wieku zostać zdziesiątkowanym niemal do zera. Właściciele postanowili przywrócić winiarskie tradycje do swoich okolic. Nasadzenia obejmują popularne w Polsce hybrydy – Solarisa, czy Cabernet Cortisa – ale też vitis vinifery: Acolona, Rieslinga, Traminera, Pinot Noir, Zweigelta i eksperymentalnego… Cabernet Sauvignon. Riesling i Acolon zrobiły na mnie bardzo duże wrażenie, Zweigelta niedawno chwalił Maciek Nowicki. Gewurztraminera pamiętałem piąte przez dziesiąte, ale na szczęście zaintrygował mnie na tyle, że kupiłem wtedy do domu butelkę. Okazała się na dziś jak znalazł!

W tłumie ludzi na festiwalu lewym uchem doleciało do mnie wypowiedziane o tym winie nie wiem przez kogo „Tomek Prange mówił, że jak Alzacja! No jak Alzacja!” . Nie zweryfikowałem tego stwierdzenia u źródła, ale zaciekawienie nasze tylko podsyciło. A jakie okazało się wino? W dobrym znaczeniu tego słowa typowe. W barwie dość jasne, jak na szczep, który często daje wina wpadające w kolor miodu. Bardzo aromatyczne i intensywne w nosie – nie brakuje ani liczi, ani różanej konfitury, miodu też nie, ale obok tego wszystkiego przemyka jaśmin i czerwony grejpfrut. Perfumowane, ale nie ciężkie i nie duszne. W ustach oleiste, z wyraźną słodyczą, smakuje świeżą różaną konfiturą zmieszaną z miodem i odrobiną jabłkowej świeżości. Wino jest zaskakująco lekkie, ma też raptem 10.5% alkoholu, ale przy tej lekkości wcale nie brak mu ciała. Kwasowości również typowo — jak na lekarstwo, ale wystarczajaco, by ten Gewurztraminer nie był płaski i męczący. Dobre!

Jeśli Was również nawiedzają różane demony, dajcie szansę Gewurztraminerowi i wybierzcie się na geograficzną wycieczkę w nieznane. Jeśli natomiast nie próbowaliście win z Winnicy Hiki, zmieńcie to przy najbliższej okazji – warto dla samego Rieslinga, jednego z najlepszych polskich Rieslingów jakie mieliśmy w kieliszku, ale to tylko początek.

Pochodzenie wina: zakup własny autora

Inni odczarowywali Gewurztraminery tak: