Tokajskich przygód część pierwsza

Choć w przeciwieństwie do Justyny i Mateusza nie jestem wielkim entuzjastą czterech kółek (samochód służy do przebycia dystansu z punktu A do punktu B….) i nie rozumiem wydawania na nie zawrotnych pieniędzy (za które można by przecież kupić tyle wina!), nie mogłem nie zgodzić się z moją szanowną Małżonką, gdy ta przy zakupie kolejnego auta postawiła sprawę jasno – klima musi być i już! Nie mogłem się z nią nie zgodzić z jednej prostej przyczyny – brak klimatyzowanego auta (naszym pierwszym automobilem był Fiat Seicento zwany Mydelniczką) boleśnie dał nam się we znaki podczas wyjazdu do Drezna, gdzie ambitne plany przywiezienia win z regionu pokrzyżowała fala upałów – żadna flaszka nie przeżyłaby kilku godzin w gorącym samochodzie.

Czytaj więcej